poniedziałek, 19 listopada 2012

Krzesła po renowacji

Stanowisko komputerowe dostało nowe - stare krzesło
Dawno, dawno temu, a może jeszcze dawniej, a może - bardzo dawno temu, tak dawno, że aż wstyd! Obiecałam pokazać skończone krzesła, no więc pokazuję:)
i właśnie temuż pierwszemu krzesłu poświęcam najwięcej uwagi, gdyż kosztowało mnie ono najwięcej pracy
niestety część dziurek po Kołatkach, które w nim zamieszkiwały licznie są nieco wklęsłe, trzeba było nałożyć chyba drugą warstwę szpachli, ale miałam już dość i chciałam jak najszybciej skończyć, więc zostało jak widać
i myślę, że się prezentuje całkiem nieźle jak na stan, w którym je kupiłam, oraz ilość dziur robakowych:)
w oparciu jak znajdę odpowiednie, to dodam jeszcze dwie tralki, ale to w bliżej nieokreślonej przyszłości
i na koniec jeszcze jedno z dwóch pozostałych po skończeniu, one w zasadzie jeśli chodzi o drewno, to były w niezłym stanie, natomiast tapicerka była straszna, teraz są śliwkowe, nawet udało mi się dokupić do saloniku zasłony w identycznym kolorze i z elementem górnym o identycznej fakturze:)

wtorek, 13 listopada 2012

Manekinów ciąg dalszy

Manekiny, to nie tylko te duże, które możemy ubrać, ale i te malutkie do postawienia na szafce, półce, czy stoliku, służące za wieszaczki na klucze, kubeczki, filiżanki, biżuterię i wszystko co nam tylko przyjdzie do głowy. Ja najbardziej jestem zadowolona z mojego wieszaczka, który się nazywa Lilka, a to dlatego, że przywodzi mi na myśl właśnie Lilkę, czyli Marię Pawlikowską - Jasnorzewską, z rysunków zwłaszcza jej siostry Magdaleny Samozwaniec. Strasznie byłam zakochana w opowieściach o rodzinie Kossaków, może dlatego, że wychowywałam się w domu z obrazem Wojciecha Kossaka, a może dlatego, że sama też mam ukochaną siostrę, tego nie wiem. Czytałam różne książki: "Marię i Magdalenę", "Zalotnicę niebieską", także inne książki Samozwaniec, poezję Jasnorzewskiej, aż trafiła mi się książka o samej Magdalenie Samozwaniec...
Nie czytałam jeszcze jej, ale mam wrażenie, że zmieni nico obraz rodziny Kossaków jaki się odmalował w mojej wyobraźni, jest w niej sporo niepochlebnych opinii o Samozwaniec i różne smaczki rodzinne skrzętnie omijane w książkach przez nią pisanych, wiem to wszystko z opisów, ale nie omieszkam przedstawić bliżej jej treści po przeczytaniu.
Manekino-wieszaczek Lilka w moim ulubionym zestawie z filiżankami
Lilka z kubeczkami, to bardziej praktyczny, codzienny zestaw
Manekin z karteczką, można zapisywać na niej zakupy, lub zostawiać wiadomość dla domowników np. zupa w garczku na kuchni, wystarczy podgrzać - smacznego:)
Dość praktyczny jest wieszak na klucze, u mnie stoi na stoliku w przedpokoju
i na koniec mój najnowszy nabytek - czajniczek z kubeczkami, kupiony na wyprzedaży, tu kubeczki są zawieszone już na zwykłym wieszaczku na kubki.
Zamierzam od tej chwili zmienić blog ten nieco, rozbudować w różne kwestie dla mnie ważne, no i poświęcić mu dzięki temu więcej uwagi i czasu. Mam blog o moim wiejskim życiu w zgodzie z przyrodą, niech więc ten będzie o innych aspektach mojego życia. Zaczynam więc jakby od nowa...

piątek, 9 listopada 2012

Manekin a wnętrze

Bardzo chciałam mieć manekina, ale nie przypuszczałam że po pierwsze: będę tak zadowolona z niego, po drugie: że będzie aż tak ładnie wyglądać w sypialni, wreszcie po trzecie: że będzie tak uniwersalny i tu przechodzę do sedna mojego wpisu dzisiejszego:) Otóż, manekin okazał się być wyjątkowo wdzięcznym elementem wnętrza i to takiego, które zmienia się kolorystycznie. Mam różnego koloru narzuty na łóżko, często je zmieniam, bo często moje psy włażą na łóżko i wtedy niestety trzeba prać,  nie mam zamiaru im tego zabraniać, bo czepią z tego powodu nieopisaną radość, ale prać trzeba częściej niestety. Podczas tych zmian narzut, a co za tym idzie zmian kolorów, przychodzi z pomocą manekin, którego bardzo łatwo można wystylizować odpowiednio do danej chwili. Aktualnie jest ubrany na błękitno, gdyż taką mam narzutę, dodatkowy plus tych operacji, to możliwość wykorzystania zasobów własnej szafy, bez ponoszenia dodatkowych wydatków, same plusy:-)

wtorek, 2 października 2012

Nogi od maszyny

Strasznie kocham nogi od maszyny, a w ogóle to witam wszystkich bardzo serdecznie po długiej przerwie i mam nieśmiałą nadzieję, że jeszcze ktoś tu zagląda i nie zapomniano o mnie i o blogu moim tak całkowicie:)
Nogi nogi nogi, widziałam je już w przeróżnych zastosowaniach, jako balustrady przy schodach, jako nogi od stołów, stolików, stylizowane, z maszynami i bez. Wszystkie te nogi i w przeróżnych zastosowaniach wyglądają wspaniale, można popuścić wodze wyobraźni i stworzyć z tych "własnych" coś wspaniałego i wyjątkowego. U mnie jedne pełnią rolę stolika w przedpokoju, a drugie szafkę pod zlew kuchenny, te pierwsze zrobiłam lata temu, a te drugie to nowość. Zostały zrobione na próbę i sa niezrobione do końca, a to dlatego, że nie byłam pewna jaki będzie efekt, założyliśmy z mężem i okazało się, że super! ale ja ich jeszcze nie pomalowałam po przyniesieniu, więc stoją takie nie do końca zrobione, ale i tak jest fajnie, poszukuję tylko metalowej - stalowej rury aby całość ładnie wyglądała, tak steampunkowo troszkę i chyba dopiero wtedy gdy całość będzie rozbierana do zmiany rury, to wtedy je pomaluję, bo co tu dużo gadać maluje się wygodniej takie elementy farbą w sprayu niż pędzelkiem. Na koniec też nowiuśki talerzyk kupiony w home you , ma piękne kolory i jest idealny aby na nim zostawiać klucze po powrocie do domu:)

wtorek, 29 maja 2012

Krzesła jeszcze nie skończone, zabrakło mi tkaniny, oraz taśmy wykończeniowej, mam też wielką nadzieję, że kołatek, który w krzesłach mieszkał został skutecznie zlikwidowany... Efekt końcowy, tak jak obiecałam przy poprzednim zdjęciu pokażę oczywiście, teraz marzy mi się do tego mały stolik eklektyczny i w tym samym stylu sofka, jakaś ładna i zgrabna do kompletu...
Krzesła mi się trafiły na targowisku, w całkiem niezłej cenie, tu w trakcie odnawiania i likwidacji robactwa, które w nich mieszkało w znacznej ilości. Obiecuję też zamieścić zdjęcia już lepszej jakości, gdy zostaną zrobione do końca.
Dostałam w prezencie od serdecznej koleżanki masę FIMO, coś jak modelina i książeczkę na temat tworzenia biżuterii z tejże masy, kalie na jednym ze zdjęć zainspirowały mnie do zrobienia szpilki w kształcie właśnie Kalii. Pręcik Kalii jest zrobiony z nieregularnej perełki, kielich z masy, a szpilę miałam jakąś starą po innej ozdobie, no i tak powstała pierwsza rzecz z tej bardzo ciekawej masy.
Kalia z masy FIMO

niedziela, 1 kwietnia 2012

Taborecik

Tak wyglądał po odczyszczeniu, nic dziwnego, ze sprzedawca mówiąc do mnie 10 złotych miał niewielką nadzieję, że się skuszę, pierwotnie oczywiście był to pewni rodzaj kwietnika stolika z kaflami, ale kafle nie dotrwały do momentu mojej z nim znajomości.
Nic nie pisałam tutaj, bo nic nie robiłam ostatnio, ale dziś skończyłam wreszcie mój taborecik, do mojego kącika. Sypialnia jest raczej pastelowa i słodka, to też taborecik również musiał takim się stać. Długo nie miałam na niego pomysłu, aż wreszcie na raty został skończony, byłoby szybciej, gdyby nie problem z tkaniną, dostałam w końcu materiał na zasłony, bo nigdzie nie mogłam znaleźć pasów, ale wszystko zrobione i myślę, że jak na grat kupiony na starociach za 10zł jest nieźle.

sobota, 10 marca 2012

Tak dawno...

Tak dawno nic nie pisałam, że aż mi wstyd i mam nieśmiałą nadzieję, że nie zapomniałyście o mnie...
Dziś byłam na targowisku staroci, które odbywa się w każdą sobotę w Piotrkowie i tam upolowałam koszyczki do szklanek rodem z Carskiej Rosji, choć nie złote, ani nawet srebrne, a prawdopodobnie cynowe, to i tak bardzo precyzyjnie zrobione i ładnie wyglądają, zaopatrzyłam się również na tą okazję w szklanki, których nie miałam, bo uwielbiam porcelanę i do tej pory tylko z niej piliśmy, ale teraz chyba zwyczaje się zmienią aby uczcić nowe koszyczki. Myślałam też od dawna o tym, że muszę Was zachęcić do kupowania surowych ram i wykańczania ich we własnym zakresie, to świetna zabawa i często fantastyczny efekty dająca. Miałam obraz od mojego wujka przedstawiający zimę i nie uwierzycie wypisz wymaluj nasz dom, u nas wygląda to zimą niemalże identycznie. Wyłudziłam ten obraz od wujka, co nie było wielce trudne, bo to jeden z pierwszych obrazów wujka i tenże nie darzył go wielkim szacunkiem i trzymał nieoprawiony na szafie. Gdy własny dom jeszcze nam się nawet nie marzył, to często mówiłam do męża patrz- to ty wracający z pracy, a ja w domu z obiadem czekam nawet dym z komina się unosi i nie uwierzycie, ale dom który kupiliśmy jest po tej stronie co na obrazie i nawet rozkład drzew mniej więcej się zgadza, dobrałam do niego kolor biały na ramę, choć początkowo wydawało mi się, że może to być zły pomysł, bo zleje się kolorystycznie i będzie zbyt zimny, ale nie ta biel podkreśliła jego charakter. Drugi obrazek... jest straszny, ale w tej swojej straszności uroczo wiejski, choć do niego w pierwszym momencie wydawało mi się, że będzie pasowała rama ciemna, to okazało się, że wcale nie, lepiej wygląda w takiej mazanej złotem, a tak bardzo bałam się, że złota rama do takiego obrazka będzie śmieszna i pretensjonalna. Z dobieraniem koloru miałam mnóstwo radości, dziwiło mnie, to że to co na pierwszy rzut oka wydawało się świetnym rozwiązaniem, okazywało się chybionym pomysłem